Za oknem biało. Śnieg ciągle pada, a są już jego spore ilości. M. biedak w korku masakrycznym stał. Mi się przypomina powtórka z zeszłej zimy, kiedy to do pracy jechałam 3 godziny. Teraz to mam super. Mam blisko i mogę nawet iść piechotą (zajmuje mi to ok. 30 minut).
Urodziny obchodzimy razem z M. dzień po dniu. Nic nadzwyczajnego nie robiliśmy. Poszliśmy do włoskiej knajpki przy domu na obiad. I wieczór wspólnie spędziliśmy:). M. w swoje urodziny chciał iść do Jeffsa no i tam trafililiśmy. Potem jakieś winko i wieczór w domu.
W sumie urodziny mieliśmy dość smutne, bo w pracy M. zrobiło się nie fajnie.
Z psem musieliśmy znowu do weta podejść, bo okazało się, że tamta pani źle wycisnęła mu te gruczoły:/. No i musiał już dostać antybiotyk. Zrobiliśmy mu na sobotę taką kartonową osłonkę na szyję, aby nie mógł gryźć rany. Ale w niedzielę mu zdjęliśmy, bo biedak nigdzie się nie mieścił i chodził taki ogłupiały.
Zaczynam rozglądać się za prezentami i powoli zaczyna mi się rozjaśniać w głowie co komu kupić:).
Miałam napisać o teściach jeszcze coś, ale to już następnym razem:)
i znow o zimie cztam...no cholera u mnie jej nie ma...ani milimetra sniegu, za to slonko swieci...
OdpowiedzUsuńciesz się:) ja mam dosyć.
OdpowiedzUsuń